FANDOM


Rozdział 2 – Nowe pokolenie

Był nieco pochmurny, wrześniowy dzień. Przed budynkiem Szkoły Podstawowej w Coolsville stała ośmioletnia Rose, drobna blondyneczka o długich lokach i jasnobrązowych oczach, ściskająca dłoń swojego taty, który w jej oczach był tak wysoki, że sięgał aż do nieba.

– Tatusiu... – zaczęła błagalnie.

– Tak, myszko?

– Tatusiu, czy ja naprawdę nie mogę wrócić do mojej starej szkoły?

– Nie, kwiatuszku, to niemożliwe. Plymouth jest za daleko, żebyś mogła ciągle chodzić tam do szkoły.

– A nie mogę zamieszkać u buni i dziadzia albo u cioci Giggie i wujka Willa?

– Naprawdę chcesz się ze mną rozstać? – spytał cicho mężczyzna.

– Nie chcę – dziewczynka przywarła do niego ze wszystkich sił. – Ale tęsknię za bunią, dziadziem, ciocią, wujkiem i moimi koleżankami.

– Pojedziemy do nich na Boże Narodzenie – obiecał jej tata. – A teraz zmykaj, bo za chwilę oboje będziemy spóźnieni – dodał, kucając przy niej i całując ją w nos.

– Kocham cię – wyznała Rose, oplatając ramionami szyję ojca.

– Wiem o tym – odrzekł on, głaszcząc jej włosy. – Też cię kocham, słoneczko. Ale puść mnie już; ja muszę lecieć do pracy, a ty do szkoły.

Dziewczynka odeszła kilka kroków, po czym biegiem wróciła do ojca i mocno chwyciła go za rękę.

– Tatusiu, a co będzie, jeśli inne dzieci mnie nie polubią? – spytała zaniepokojona.

– Nie martw się na zapas, kochanie. Wszystko będzie dobrze, zobaczysz – zapewnił ją tata. – No, idź już.

Rose przytuliła się do niego po raz ostatni i pobiegła w kierunku szkoły. Przy drzwiach obejrzała się jeszcze do tyłu, ale taty już tam nie było. Wobec tego nerwowo przełknęła ślinę i wśliznęła się do wnętrza budynku. Prawie w tej samej chwili dzwonek obwieścił początek lekcji – i mała zdała sobie sprawę, że sama nie ma szans trafić do właściwej sali. Nic dziwnego, że kiedy zobaczyła dziewczynkę o długich, ciemnobrązowych warkoczach, podbiegła do niej i złapała ją za łokieć.

– Co jest? – zdziwiła się brunetka. – My się znamy?

– Raczej nie – przyznała Rose. – Mam na imię Rose i...

– Czekaj, niech zgadnę. Jesteś nowa?

– Eee... tak. Skąd wiedziałaś?

– Po pierwsze: jesteś przerażona, jak pierwszak, choć na pewno nie masz sześciu lat. Po drugie, znam prawie wszystkich w szkole, ale ciebie nigdy wcześniej nie widziałam – wyjaśniła dziewczynka z warkoczami. – Jestem Jenny. Jenny Clark. Gdzie masz teraz lekcje?

Rose podała jej karteczkę z podziałem godzin.

– Angielski u pani Graham... – mruknęła Jenny. – Masz szczęście, jesteśmy w jednej klasie. Chodź, zaprowadzę cię – dodała, chwytając Rose za rękę i ciągnąc ją korytarzem. – Tylko się pospiesz, żeby ONA nie dotarła tam przed nami, bo będziemy miały przechlapane przynajmniej do Bożego Narodzenia.

Tym razem dziewczynki miały szczęście – nauczycielki nie było w klasie. Było za to dużo dzieciaków, wśród nich rudy chłopiec, który zerwał się ze swojego miejsca i pomachał do Jenny.

– Cześć, Jen! – zawołał.

– Hej, Chris! – odkrzyknęła Jenny, machając do rudzielca.

– Kto to jest? – spytała Rose.

– Mój przyjaciel. Chodź – Jenny chwyciła ją za rękę i pociągnęła w kierunku Chrisa. – Poznajcie się. To jest mój najlepszy kumpel, Chris Jones. A to jest Rose... Rose... eee... wybacz, Rose, zapomniałam cię spytać o nazwisko...

– Rogers. Rose Rogers.

– Jesteś nowa? – domyślił się Chris.

– Skąd to wiesz? – Rose zaczynała już mieć podejrzenia, że trafiła do szkoły dla jasnowidzów.

– To proste – Chris lekko wzruszył ramionami. – Jen i ja znamy prawie całą szkołę, ale ciebie widzę pierwszy raz w życiu. Skąd jesteś?

– Z Plymouth.

– Tego w Wielkiej Brytanii? – spytała Jenny.

– Nie. W Massachusetts.

x

Kilka godzin później, w czasie długiej przerwy:

– Dlaczego idziemy tak daleko? – spytała zdziwiona Rose. – Obok tej rudej dziewczynki było dużo miejsca.

– Tak, ale to Viola Śledziuch – odparł Chris.

– No i...? – Rose nic z tego nie rozumiała.

– Chris, ona nie zna Śledziuchów – zauważyła Jenny.

– Racja – zreflektował się Chris. – Cóż, Viola nie jest zła, ale jej starszy brat, Ricky, zwany „Siniakiem”, jest po prostu wredny. No i ma równie wrednych kumpli.

– „Siniak”? – zdumiała się Rose. – Dlaczego ma taką dziwną ksywkę?

– Bo często wszczyna bójki i zostawia mnóstwo siniaków – wyjaśniła Jenny, rozglądając się dokoła. – Och, gdzie on się podziewa? Miał nam zająć miejsce! – prychnęła sfrustrowana.

– O kim mówisz? – zainteresowała się Rose.

– O nim – wyjaśnił Chris, lekkim ruchem głowy wskazując na szczupłego, czarnowłosego chłopca, siedzącego przy jednym z pobliskich stolików.

– Cześć, dzieciaki! – chudy chłopiec pomachał do Jenny i Chrisa.

– Znalazł się dorosły! – oburzył się Chris. – Jesteś od nas starszy tylko o rok!

– Wyluzuj się. Żartowałem – zachichotał ten drugi. – O! Czyżbyście ty i Chris zaczęli adoptować pierwszaki, Jenny? – spytał, zauważywszy Rose.

– Przymknij się, Martin – syknęła Jenny.

– W porządku, nie złość się – Martin lekko zmierzwił jej włosy. – Zamierzasz nas sobie przedstawić czy nie?

– No, już dobra – Jenny poprawiła fryzurę. – To jest Rose Rogers. Przeprowadziła się tu z Plymouth, z Massachusetts. A ten dowcipniś od siedmiu boleści to mój kuzyn, Martin Dinkley – dodała, wskazując na czarnowłosego chłopca.

– Mów mi Marty. Miło cię poznać – Marty szeroko uśmiechnął się do Rose. – No, a teraz siadajcie; czas już coś przegryźć – dorzucił, wyjmując z plecaka kanapkę i wbijając w nią zęby.

Pozostała trójka natychmiast poszła w jego ślady.

– To wygląda bardzo smakowicie – zauważył Chris na widok kanapki, którą trzymała Rose. – Co jest w środku?

– Same zwykłe rzeczy – odparła dziewczynka. – Szynka, sałata, jajko, musztarda, dżem wiśniowy... – w tym momencie zorientowała się, że Jenny i chłopcy wyglądają na zniesmaczonych. – Czemu na mnie tak dziwnie patrzycie?

– Eee... nie obraź się, ale to chyba nie jest całkiem normalne jedzenie... – powiedziała ostrożnie Jenny.

– Czemu? – zdziwiła się Rose. – Mój tatuś zawsze robi takie kanapki.

– Wiesz... – odezwał się Chris, starając się nie patrzeć na jej kanapkę – mój tata po czymś takim chyba by się rozchorował.

– Mój też – Jenny lekko zzieleniała na twarzy.

– A twój tata, Marty? – spytała Rose.

– Ja nie mam taty. Mój ojciec zostawił moją mamę, zanim się urodziłem – odburknął Marty.

– Przepraszam... nie wiedziałam... – Rose zawstydziła się.

– W porządku – Marty machnął ręką. – Nie każdy ma tyle szczęścia, co ty, żeby mieć mamę i tatę...

– Kto ci powiedział, że mam oboje rodziców? – Rose spojrzała mu prosto w oczy. – Moja mama umarła zaraz po moich narodzinach. Znam ją tylko ze zdjęć i z opowiadań taty – dodała cicho.

– Wybacz. Nie chciałem cię zranić – mruknął zakłopotany Marty. – Ale ty i tak jesteś w lepszej sytuacji niż ja. Przez to, że mój ojciec nie ożenił się z moją mamą, prawie wszyscy w szkole mi dokuczają...

– Dokuczali – poprawiła Jenny. – Odkąd wujek Fred nauczył go się bić, nawet Siniak już nie zadziera z Martym – wyjaśniła.

x

Po lekcjach pod szkołą zatrzymał się elegancki, ciemnofioletowy samochód, z którego wysiadła wysoka, szczupła, rudowłosa kobieta o ładnej twarzy.

– Chris! Jenny! Marty! – zawołała, machając do dzieci.

– To moja mama – powiedział Chris, chwytając swój plecak. – Musimy lecieć.

Jenny, która nadal coś mówiła do Rose, nie usłyszała tego, więc Marty złapał ją za nadgarstek i pociągnął.

– Chodźże już, ty gaduło! – polecił zniecierpliwiony.

– O! Widzę, że macie nową koleżankę – powiedziała mama Chrisa, zauważywszy Rose. – Jak się nazywasz?

– Rose. Rose Rogers.

– Rogers? – powtórzyła kobieta i nieco uważniej przyjrzała się dziewczynce.

– T-tak... – wyjąkała Rose. – To źle?

– Nie – pani Jones uśmiechnęła się do niej i pogładziła jej jasne włosy. – Po prostu przypomniał mi się mój dawny kolega; miał to samo nazwisko, co ty. No nic, czas na nas. Jenny, chłopcy, wskakujcie do auta. Rose, odwieźć cię do domu?

– Nie trzeba. Niedługo przyjdzie po mnie mój tatuś.

– Do jutra, Rose! – Marty, Jenny i Chris obrócili się, żeby pomachać koleżance, po czym wsiedli do samochodu.

– Do jutra.

Jakieś pięć minut później pod szkołą zjawił się pan Rogers, całkiem przystojny, wysoki szatyn po trzydziestce. Na jego widok Rose pisnęła radośnie i przytuliła się do niego.

– Cześć, skarbie – mężczyzna podniósł córkę i pocałował ją w czoło. – Jak było w nowej szkole? – spytał, stawiając dziewczynkę z powrotem na ziemi, biorąc ją za rękę i ruszając w kierunku domu.

– Bardzo fajnie. Najpierw się zgubiłam, ale pomogła mi jedna dziewczynka, Jenny; i okazało się, że jesteśmy w jednej klasie – odparła Rose, podskakując beztrosko u boku ojca. – A potem jeszcze poznałam Chrisa i Marty’ego. Marty jest kuzynem Jenny, ale nie są do siebie za bardzo podobni, a Chris jest ich kolegą. A później, zanim po mnie przyszedłeś, przyjechała mama Chrisa; jest bardzo miła i ładna, i ma rude włosy.

x

Tego wieczoru, gdy Chris i jego dwuletni braciszek, Jerry, już spali:

– Jesteś pewna, że to była JEGO córka? – spytał pan Jones.

– Freddy – pani Jones spojrzała mężowi prosto w oczy – czy kiedykolwiek powiedziałam, że jestem czegoś pewna, podczas gdy wcale tego pewna nie byłam?

– Nigdy. Chodzi mi tylko o to, że Rogersów jest bardzo dużo; w końcu to popularne nazwisko.

– A ilu Rogersów znasz osobiście?

– Sześcioro.

– Nie licz kobiet.

– Aha. W takim razie trzech.

– Ilu z nich ma orzechowe oczy?

– Jakie?

– Jasnobrązowe. No, to ilu znasz panów Rogersów z takimi oczami?

– Dwóch. Kudłatego i jego tatę.

– Który z nich mógłby obecnie mieć ośmioletnią córkę?

– Kudłaty.

– Widzisz? Kudłaty i jego rodzina wrócili do Coolsville. Pozostaje tylko pytanie, dlaczego.

– Któż to wie? Mam tylko nadzieję, że ONA nie wpadnie w depresję, gdy go zobaczy z żoną... zakładając, że to nie jest tylko zbieg okoliczności.

– A masz pomysł, jak to sprawdzić?

– Oczywiście, że mam.


← Rozdział 1Rozdział 3 →

Ad blocker interference detected!


Wikia is a free-to-use site that makes money from advertising. We have a modified experience for viewers using ad blockers

Wikia is not accessible if you’ve made further modifications. Remove the custom ad blocker rule(s) and the page will load as expected.

Więcej z Fandomu

Losowa wiki