FANDOM


Rozdział 4 – Operacja: Spotkanie po latach

Dwa dni później, w sobotę, Marty, Jenny i Chris zjawili się w domu Rogersów pod pozorem zabawy z Rose i Scoobym. W istocie jednak chcieli wreszcie poznać legendarnego już dawnego przyjaciela swoich rodziców. Ponieważ była to pora drugiego śniadania, zostali poczęstowani ciastem śliwkowym i kakao z bitą śmietaną.

– Sam pan upiekł to ciasto, proszę pana? – spytała Jenny.

– Tak – potwierdził pan Rogers. – Rose i Scooby są strasznymi łasuchami; nie chciałem, żeby wyjedli mi wszystkie śliwki – dodał z łobuzerskim uśmiechem.

– Dasz mi jeszcze kawałek? – jego córka lekko uniosła talerzyk i uśmiechnęła się przymilnie.

– Ja też poproszę! – odezwali się natychmiast Jenny i chłopcy.

Kudłaty Rogers nie miał serca odmówić.

– Pracuje pan w cukierni? – spytał zaciekawiony Marty, pochłonąwszy dodatkowy kawałek ciasta.

– Na razie tylko w barze z hamburgerami – padła odpowiedź. – Miałem kiedyś restaurację, a teraz chcę zarobić na nową.

– A co się stało z tamtą? – dociekał Chris. Jenny kopnęła go pod stołem, ale było już za późno.

– Straciłem ją – pan Rogers na chwilę spochmurniał. – No, kwiatuszku, pokaż przyjaciołom swój pokój i pobawcie się – dodał, otrząsnąwszy się ze swoich myśli.

– A możemy wziąć Scooby'ego? – zapytała Rose.

– Pod warunkiem, że nie będziesz próbowała przebrać go w sukienkę.

– Nie będę – obiecała dziewczynka.

x

– Ładnie tu u ciebie – stwierdził Marty, kiedy razem z resztą paczki znalazł się w pokoju Rose. – Masz dużo miejsca.

– Jeszcze nie widziałeś pokoju mojego taty – dziewczynka wyszczerzyła zęby. – Tam jest pełno starych płyt i komiksów i taka śmieszna lampka; tatuś nazywa ją lampką lawową.

– Mówiłaś coś o komiksach? – ożywił się Chris.

– Aha.

– A o czym są?

– O Łomanłorze Łiksie i Łeszczochu Łaku – odezwał się Scooby.

Jenny i chłopcy, którzy nic nie zrozumieli, spojrzeli błagalnie na Rose.

– O Komandorze Kiksie i Pieszczochu Psiaku, super bohaterach – wyjaśniła dziewczynka. – Moja bunia mówi, że tatuś zbierał je już od przedszkola. Są bardzo fajne: podłe zbiry porywają piękne damy albo chcą zniszczyć świat, ale nagle wpadają Komandor Kiks i Pieszczoch Psiak i...

– Masz jakieś lalki? – spytała Jenny, niezbyt zainteresowana rozmową o komiksach.

– Jeszcze nie zdążyłam ich wyjąć z pudła po przeprowadzce – Rose uśmiechnęła się przepraszająco. – Ale możemy się pobawić w super bohaterów.

– Mogę być Batmanem? – Marty aż podskoczył z emocji. – Proszę! On jest super! Ma Batmobil i Batarangi, i jest bardzo mądry, i...

– Ej, zaraz, to ja chcę być Batmanem! – zaprotestował Chris.

– Możesz być Robinem albo oprychem, który porwał dziewczyny i Scooby'ego – zaoferował Marty.

– Nie chcę być oprychem! – Chris tupnął nogą.

– A ja nie chcę być porwana! – oznajmiła Jenny.

– Ja też nie! – zawtórowała jej Rose. – I to ja chcę być bohaterką!

– To ja też chcę! – zawołała od razu Jenny.

– Ej, co tu się dzieje? – spytał pan Rogers, zaglądając do pokoju.

– Chcieliśmy się pobawić w super bohaterów, ale nikt nie chce być oprychem ani zakładnikiem – wyjaśnił Marty.

– Aha – mężczyzna nie wyglądał na zdziwionego. Nagle uśmiechnął się szelmowsko i podniósł Scooby'ego. – Jestem Doktor Brokuł! Sprawię, że wszyscy na świecie będą jeść tylko brokuły! I nie przeszkodzicie mi w tym nawet wy, drużyno super bohaterów, bo mam waszego pieska! Hahaha! – zawołał, wybiegając z pokoju.

– Brać go! – pisnęła Rose, rzucając się w pogoń za ojcem. Jenny i chłopcy bez namysłu ruszyli w jej ślady.

Po kilku minutach pościgu Doktor Brokuł został przygwożdżony do kanapy, a oswobodzony Scooby polizał policzki całej czwórki swoich wybawców.

– W dzisiejszych czasach nie jest łatwo być super zbirem – westchnął pan Rogers z udawanym smutkiem. – No cóż, drużyno super bohaterów, zasłużyliście na nagrodę. Pytanie tylko, co mogłoby wam sprawić frajdę...

– Będziemy mogli jeszcze kiedyś przyjść i znów się tak pobawić? – spytał od razu Marty.

– Jasna sprawa. Wpadajcie, kiedy chcecie, dzieciaki.

– A ma pan jeszcze trochę tego ciasta ze śliwkami? – dopytywał Chris.

– A co? Jesteś głodny? – uśmiechnął się pan Rogers.

– Nie, ale... ale chciałbym zabrać trochę do domu... dla mamy i taty...

– Jak cię znam, to sam wszystko zjesz – mruknęła Jenny. – Słowo daję, że w końcu zacznę cię nazywać Pączkiem.

– Zamknij się – odburknął Chris.

– Ej, ej, tylko bez kłótni – Marty postanowił interweniować. Jeszcze by tego brakowało, żeby tych dwoje narobiło wstydu sobie i jemu. – Nie jesteście w domu. Przeproście Rose i jej tatę za wasze zachowanie, i to już – dodał surowo.

– Przepraszam – powiedzieli jednocześnie Jenny i Chris, potulnie spuszczając głowy.

Rose zrobiła wielkie oczy. Nie przypuszczała, że Marty, etatowy żartowniś w ich paczce, potrafi być tak stanowczy.

– Brawo, stary – pan Rogers poklepał Marty'ego po łopatce. – Kto cię tego nauczył?

– Dziadek.

– W takim razie zaniesiesz mu duży kawałek ciasta w ramach gratulacji za tak bystrego wnuka – mężczyzna lekko zmierzwił czarne włosy chłopca. – Spokojnie, dla was też wystarczy – dodał, zauważywszy zaniepokojone spojrzenia Chrisa i Jenny.

x

– Cześć, babciu – powiedział Marty, gdy drzwi domu dziadków wreszcie się otworzyły. – Jest dziadek?

– Na razie jest trochę zajęty, kochanie – odrzekła pani Dinkley, wpuszczając wnuka do przedpokoju i dyskretnie upewniając się, że drzwi od kuchni są zamknięte. – A co się stało?

– Mam dla niego ciasto śliwkowe – oznajmił z dumą chłopiec.

– Skąd je wziąłeś? – babcia nie kryła zaskoczenia.

– Byłem z Jenny i Chrisem u naszej nowej koleżanki, Rose; ma własny, duży pokój i bardzo miłego tatę. No i, oczywiście, w pewnej chwili Jenny i Chris o mało się nie pokłócili, ale ja ich uspokoiłem; i tata Rose zapytał, kto mnie tego nauczył, to powiedziałem, że dziadek, i dostałem dla niego duży kawałek ciasta śliwkowego, i... i wiesz co, babciu, pójdę je włożyć do lodówki.

To powiedziawszy, Marty szybko otworzył drzwi od kuchni – i stanął jak wryty. Była tam jego mama, płacząca na ramieniu dziadka. Zanim jednak chłopiec został zauważony, babcia wzięła go za rękę i zaprowadziła do dużego pokoju.

– Zaczekaj tutaj – powiedziała.

– Dlaczego? Co się stało?

– Myślę, że najlepiej będzie, jeśli twoja mama sama ci to wyjaśni. Dajmy jej tylko trochę czasu, żeby się uspokoiła.

Rzeczywiście – kilka minut później szloch ucichł. Marty niepewnie zerknął na babcię; kiedy skinęła głową, pobiegł do kuchni i wziął mamę za rękę.

– Mamo, co się dzieje? – spytał nieśmiało.

– Mamy kłopoty, kochanie – szepnęła Velma, mocno przytulając synka i kryjąc twarz w jego czarnej czuprynie. – Straciłam pracę.

– Jak to? – chłopiec był zaskoczony. – Mówiłaś, że twój szef cię lubi!

– Nawet kumplowanie się z szefem nie pomaga, kiedy w grę wchodzi bankructwo – powiedziała mama, spoglądając w jego szare oczy, które odziedziczył po babci, i uśmiechając się smutno.

– Co to jest bankructwo? – chciał wiedzieć Marty.

– Plajta; sytuacja, kiedy nie ma się pieniędzy. Nasz motel zbankrutował, więc właściciel musiał wszystkich zwolnić.

x

Kilka dni później Jenny zadzwoniła do Rose z prośbą, żeby jak najszybciej przyszła do niej ze Scoobym.

– Po co? – zdziwiła się Rose.

– Moja mama mówi – Jenny ściszyła głos – że musi porozmawiać z tobą, Scoobym i Martym. Chodzi o ciocię Velmę i twojego tatę.

– Myślisz, że twoja ciocia już się we wszystkim połapała? – spytała szeptem Rose.

– Raczej nie; Marty i ja umiemy dochować tajemnicy.

– No to co się stało?

– Mama nie chce mi za dużo powiedzieć, ale to na pewno nie są dobre wieści. To kiedy będziesz?

– Zależy, gdzie mieszkasz – zauważyła Rose.

– Aleja Reagana 29.

x

– Sytuacja jest poważna – oznajmił pan Clark, przechadzając się po salonie z rękami założonymi w tył.

– A co się stało? – dociekała Rose.

– Moja mama straciła pracę – powiedział Marty, zanim ktokolwiek z dorosłych zdążył się odezwać.

– A! Więc to dlatego ostatnio jest taka przybita? – zawołała Jenny.

– Tak – potwierdziła jej mama.

– Ale co to ma wspólnego z naszą misją? – spytał Chris.

– Na przykład to, że ciocia Velma już kilka miesięcy temu dostała propozycję pracy poza Coolsville – odrzekła pani Jones. – Wtedy ją odrzuciła, bo myślała, że jeszcze długo popracuje w tym motelu, ale nie wiemy, co zrobi teraz.

– I dlatego – wtrącił się pan Jones – musimy natychmiast rozpocząć drugi etap naszej misji. Nazwałem go "Operacja: Spotkanie po latach".

– A o co chodzi w tym etapie? – spytał niepewnie Marty.

– Spójrzcie wszyscy na to – pan Jones rozłożył na stoliku plan miejskiego parku, na którym zaznaczonych było kilka punktów. – Zrobimy tak: Scooby i Rose zabiorą Kudłatego tutaj i...

x

– Brawo, kochanie, świetnie ci idzie – powiedział Kudłaty, gdy jego córeczka w końcu zdołała rzucić frisbee na tyle mocno, żeby upadło pod jego, a nie jej stopami.

– Łak, łobisz łostępy – zgodził się Scooby i przybliżył pysk do policzka swojej małej pani. – Małty łest w pobłiżu – powiedział cicho, po czym dla niepoznaki polizał Rose po policzku.

– Dobrze. Zaczynamy "Operację: Spotkanie po latach" – odszepnęła dziewczynka.

– Łudłaty, tełaz ło mnie! – Scooby podszedł do swojego pana i błagalnie spojrzał mu w oczy.

– Dobrze, ale tylko raz; pamiętaj, że nie jesteś już szczeniakiem – odrzekł Kudłaty. – Aport, piesku! – zawołał, lekko rzucając dysk.

Scooby złapał frisbee w zęby, ale zamiast oddać je Rose lub Kudłatemu, zaczął uciekać.

– Scooby Doo, wracaj tu natychmiast! – krzyknął Kudłaty, puszczając się w pogoń za psem.

Tymczasem Marty wyszedł ze swojej kryjówki w krzakach i podszedł do Rose.

– Na razie wszystko idzie zgodnie z planem – stwierdził.

– Twoja mama nic nie podejrzewa? – spytała Rose.

– Jasne, że nie – uspokoił ją Marty. – Nawet nie zauważyła, kiedy zniknąłem, bo Jenny wyciągnęła ją na lody. A teraz wskakuj – dodał, wskazując na bagażnik swojego roweru – bo inaczej przegapimy najlepszy kawałek.

x

"Zażądam za to pięciu pudełek chrupek" – pomyślał Scooby, biegnąc w kierunku fontanny, przy której (według planu Freda) miały czekać Jenny i niczego niepodejrzewająca Velma.

Nagle ktoś chwycił go za obrożę.

– Mam cię! – zawołał tryumfalnie Kudłaty, przypinając psu smycz. – Chodź, staruszku, wracamy do Rose.

Scooby jednak nie zamierzał się poddać. Zebrał wszystkie siły – których z racji wieku miał już niewiele – i gwałtownie ruszył w kierunku fontanny. Kudłaty, który ciągle trzymał smycz, nie miał innego wyboru, jak tylko pobiec za nim.

– Co ty wyprawiasz?! – krzyknął zaskoczony, próbując zatrzymać swojego pupila. – Co cię opętało?! Stój!

Wszystko na próżno – Scooby wcale nie zwracał na niego uwagi. Wkrótce mężczyzna zobaczył fontannę, przy której stały jakaś kobieta i mała dziewczynka. Co gorsza, pies pędził prosto na nie, a zderzenie było już nieuniknione.

– Uwaga! – wrzasnął Kudłaty i odruchowo puścił smycz.

Wtem Scooby wykonał ostry skręt. Jego pan nie zdołał wyhamować; wpadł na kobietę i razem z nią chlupnął do fontanny. Po chwili jednak podniósł się i pomógł wstać nieznajomej, mówiąc przy tym:

– Bardzo panią przepraszam, mojego psa chyba coś napadło; nie zachowywał się tak od szczenięctwa... – w tym momencie kobieta spojrzała mu prosto w oczy.

– K-Ku-Kudłaty? – wyjąkała.

– Velma! – zawołał Kudłaty.


← Rozdział 3Rozdział 5 →

Ad blocker interference detected!


Wikia is a free-to-use site that makes money from advertising. We have a modified experience for viewers using ad blockers

Wikia is not accessible if you’ve made further modifications. Remove the custom ad blocker rule(s) and the page will load as expected.

Więcej z Fandomu

Losowa wiki